I wtedy już trochę było lżej, przewieźć wszystko.
Tak, skapitulowali Niemcy, z tak zwanym końcem.
Nie przestawałam handlować, tylko ciągle żywiłam tych ludzi, dowoziłam, co mogę się dziś świadkami doświadczyć.
Wiele, wiele, wiele, wiele ludziom pomagałam.
I dążyłam zawsze, byłam taka nastawiona całe życie, żeby każdemu pomóc, żeby każdemu ulżyć, żeby naprowadzić na dobrą drogę.
Jak woziłam mięso do Warszawy, rąbankę i wracałam z Warszawy i tak strasznie panowało złodziejstwo, okropnie.
A ja dążyłam, żeby mi ktoś nie wykupił prosiaka jak na rano zajadę.
Tylko wieczorem musiałam wracać do domu o 8, przyjechałam z Warszawy.
Weszłam, miałam za całego prosiaka pieniądze, weszłam do ustępu,
warkocze miałam duże, schowałam pieniądze w rękawice i w te warkocze.
Okręciłam chustką głowę i szłam piechotą do domu.
Do Brzózego dojechałam, doszłam. Od Brzózego dojechałam do Wólki, do naszej wsi.
Zaszłam i mówię dziękować Bogu, już jestem w domu.
A spod mostku wyłazi dragonisko będąc z karabinem na plecach.
I pyta mi się, skąd ja jadę.
A ja mu mówię, że z pogrzebu jadę.
I mówię i tak do mnie, z pogrzebu, z pogrzebu.
Ja mówię, nie strasz baby kożuchem, bo się tak nie boi.
A ten doleciał do mnie, złapał mnie za kark, za kołnierz,
podstawił pod drzewo, pod jesion, karabin z pleców,
do głowy dostawił, a drugą ręką szukał tego dowodu.
Nawet za pończochami i po calutkiej mnie obmacał precz,
a na głowie pieniążki zostały.
Tak było. No, tak.
Sąsiad mój na kolonii na polu tam zawsze mieszkał i przyjął Żydówkę. Przyjął Żydówkę z Kałuszyna, jakiegoś jubilera żonę, co miała dużo złota.
Zabrał ten sąsiad od niej to złoto, a Żydówkę wypędził.
Żydówka poszła na skarbę do Niemców.
Żydówkę pewnie zabili a sam, a sąsiada zabrali, ale że go nie zastrzelili, tylko wszystko musiał tym Żydom to złoto oddać.
Tak, tak.
Sąsiednie podczas tej wojny, ofensywy okropne, jak się Niemcy zaparli w kościele w Stanisławowie, a Ruscy byli w naszej wsi 3 km i okropna była wojna,
Zdemolowali kościół, wszystko zniszczone.
W środku wsi pozabijane było ludzi.
Siedem osób w mojej wiosce było zabitych.
A wiele, wiele spalenia, wiele spalenisków w gospodarstw zapaliło się wiele.
Przylata jedna sąsiadka z drugiej wioski, załamana, z płaczem, z litością.
Całuje mnie, błaga, prosi, żeby jej pomóc.
Mąż zabity, krowa zabita, świń..., prosiak zabity.
I sama wszystko z wielką troską, z płaczem.
Nie odmówiłam jej. Poszłam, wszystko naszykowałam jej.
Pomogłam, jeszcze tam ludzie pomogli trochę.
Wszystko to mięso odrąbywaliśmy, przerobili na kiełbasy.
Wszystko to mięso i mówię, jedź teraz na targ, sprzedaj, wagę bierz i sobie odkupisz krowę.
I tak było właśnie.
Pytam ja się za te roboty, za tę pomoc. Skąd ja mogę od niej wziąć za tę pomoc?
Tam sama litość błagała.
Bo Ruskie zgwałcili te żonę,
a ten mąż nadszedł akurat, zaczął krzyczeć na niego.
Rusek się, oficer jakiś poderwał,
strzelił w łeb chłopu i koniec.
Mówi, ja za ciebie krew przelewaju, a ty żonkę żałujesz?
Tak, tak było.
Spłynęło szybko życie,
Jak potok zbiegł nam czas, za dzień, za pół, za chwilę nie będzie razem nas.
I nasze młode lata spłynęły szybko w dal, a w sercu pozostało tęsknota, smutek, żal.
Bo jeszcze młodość nasza, jeszcze szczęśliwi my, przynajmniej chociaż teraz, niech nie płyną z oczu w łzy.